Recenzje: krem Kailas oraz serum: z wit. C 7,5%, z kwasem glikolowym 10%





Krem Kailas


Skład
cocos nucifera, shorea robusta resin, santalum album oil, camphor, azadirachta indica leaves extract, tribulus terrestris fruit extract, cynodon dactylon extract, cissampelos pareira bark extract, calcium hydroxide, aqua.
Skład jest naturalny i to bardzo, krem, a właściwie maść, bo wg mnie taką ma właśnie konsystencję. Maść jest na bazie oleju kokosowego z dodatkiem: żywicy z damarzyka mocnego (nawilża), olejku z drzewa sandałowego (jeden z najsilniej działających antybakteryjnie olejków), kamfora (działanie antybakteryjne), ekstrakt z liści Neem (antybakteryjny, przeciwgrzybiczy), ekstrakt  owoców buzdyganka naziemnego ( działanie tonizujące), ekstrakt z cynodona palczastego (ciężko znaleźć właściwości), ekstrakt z korzenia Cissampelos pareira (podobnie), woda wapniowa (antyalergiczne właściwości).


Oprócz kilku znanych już składników, reszta składu jest zagadką. W każdym razie producent zapewnia, iż produkt jest wielozadaniowy, wyprodukowany we współpracy z dermatologami. Główne zakładane działanie: antybakteryjne oraz przeciwgrzybicze. Nadaje się do skóry łojotokowej, ale także suchej.
Działa na: suchość, pękanie, uszkodzenia skóry, różne wykwity skórne, przebarwienia, ukąszenia owadów, łuszczycę, grzybicę, trądzik, kurzajkach i wiele innych.

Działanie



Maść jest w niewielkiej plastikowej tubce. Przy wyciskaniu kremu wylewa się woda (wiadomo, brak emulgatora tym skutkuje) i staje się to dość uciążliwe. Krem w konsystencji ma ewidentnie właściwości oleju kokosowego, zbija się w małe grudki przez co ciężko się smaruje, aczkolwiek w lecie konsystencja będzie bardziej przystępna, choć mogę się obawiać, że wręcz płynna, tak więc pewnie najbezpieczniej byłoby trzymać krem w lodówce w lecie. Po posmarowaniu jak to olej, twarz jest tłusta, olej w niewielkim stopniu się wchłania, na noc przydaje się dodatkowa ochrona poduszki.

Co do działania, testowałam go w okresie gdy ograniczyłam pielęgnacje do minimum, żadnych silnie działających specyfików. Muszę stwierdzić z przykrością, iż krem mi nie pomógł ograniczyć występowanie wyprysków, wręcz przeciwnie, moja skóra plus olej kokosowy to istny armagedon...
Zaprzestałam stosowania na twarz i szukałam innego zastosowania. Muszę stwierdzić, iż dobrze działa na ukąszenia owadów - zmniejsza swędzenie. Krem także łagodzi podrażnienia skóry oraz suchość, ale to jest właśnie głównie działanie oleju kokosowego.

Jestem nieco rozczarowana kremem, ale przydaje się w przy ukąszeniach owadów, możliwe, że także przy innych schorzeniach, ale tego nie mam jak sprawdzić. Osoby, które nie reagują na olej kokosowy tak jak ja pewnie będą miały większe szanse na sukces :)

Krem dostępny jest w dwóch wariantach pojemnościowych 8 i 20g, których koszt to odpowiednio 18 i 28 zł.

http://ayurvedik.pl/



GlySkinCare, Intense C Serum



Skład
Propylene Glycol, Ascorbic Acid, Plyacrylamide, C13-14 Isoparaffin, Laureth-7, Lecithin, PEG-12 Glyceryl Dimyristate, Ascorbyl Palmitate.
Skład jest krótki, aczkolwiek oprócz kwasu askorbinowego oraz formy  wit. C rozpuszczalnej w olejach, mamy rozpuszczalniki, polimery filmotwórcze oraz inne substancje oleiste w tym pochodną parafiny. Zmartwił mnie skład, gdyż jest cięższy niż sądziłam, lepszy byłby lekki krem lub serum wodne. Serum głównie działa antyoksydacyjnie, eliminuje wolne rodniki, i chroni przed promieniowaniem UV. Producent chwali się mikronośnikami QuSome, które to nic innego jak polimer tlenku etylenu, działa kondycjonująco, jest rozpuszczalnikiem substancji czynnych, potrafi także utrzymywać wilgoć. Tak czy inaczej wieże, iż razem z glikolem propylenowym potrafią dotrzeć do głębszych warstw skóry. Lubię kwas askorbinowy, często robię sobie serum na jego bazie, ale wodne, oprócz wspomnianego działania antyrodnikowego, doskonale uzupełnia pielęgnację antytrądzikową.

Działanie

Serum jest zamknięte w pięknej buteleczce z ciemnego szkła z kroplomierzem. Serum bardzo wygodnie się nakłada. Już 6 kropi zapewni nam całe pokrycie twarzy. Specyfik pachnie kwasem askorbinowym (wiem, bo mam owy), jest to specyficzny metaliczny zapach, do którego da się przyzwyczaić wg mnie. W każdym razie lepszy on niż sztucznie dodane zapachy. Serum jest bardzo tłuste, ciężko się wchłania, ale jest to możliwe po około pół godzinie. Używałam go pod krem na noc, szybciej się wchłaniał. Stosowałam także pod oczy i powieki, ale wiadomo trzeba uważać, gdyż jest to kwas i może silnie piec. I faktycznie po około półrocznej przerwie od jakichkolwiek kwasów czułam delikatne mrowienie! Ja twardoskóra, czułam kwas:P Nie jest go mało bo aż 7,5% to już solidna dawka. Delikatne mrowienie ustępowało po kilku sekundach, po kilku dniach nie czułam, już nic.
Serum delikatnie złuszcza naskórek. Liczyłam także na pomoc w trądziku, ale chyba sytuacja ma się podobnie jak w przypadku kremu Kailas, Dodatki olejowe uniemożliwiły mi cieszeniem się efektami kwasu askorbinowego. Zostałam zmuszona nie używać serum zbyt często. 

Podsumowując, serum jest cudowne, głównie dla osób bez problemów trądzikowych, oraz dla osób po 26 roku życia, kiedy skóra ewidentnie zaczyna się starzeć. Mogą używać je także osoby , które nie są uczulone  wrażliwe na pochodne parafiny jak i glikol propylenowy.
Cena specyfiku to 60-62 zł za 30 ml, to zdecydowanie za dużo, natomiast jeśli ktoś nie lubi samodzielnie bawić się w tworzenie serum, jest to idealna propozycja. Kosmetyk trzymamy podobnie jak inne specyfiki z kwasem askorbinowym, w ciemnym i chłodnym miejscu.


GlySkinCare, Lotion Lite 10



Skład
Purified Water, Glycolic Acid, Cetearyl Alcohol, PPG-11 Stearyl Ether, Dimethicone, Isopropyl Palmitate, Linoleamidopropyl PG-Dimonium Chloride Phosphate, Alcohol, PEG-12 Glyceryl Distearate, Citrus medica limonum (Lemon ) Fruit Extract, Capryl Glycol, Ethylhexylglycerin, Hexylene Glycol.

Skład jest dłuższy od poprzednika, ale jest bardziej pocieszający. Mimo silikonów, rozpuszczalników i nawet alkoholu, który jest w połowie składu, nie ma w nim pochodnych parafiny. Oprócz bohatera specyfiku czyli 10% kwasu glikolowego mamy także ekstrakt ze skórki cytryny,

Kwas gikolowy jest jednym z kwasów, których nie miałam okazji używać, ale był na mojej wish-liście. Jest to kwas AHA, posiada najmniejsze cząsteczki spośród kwasów owocowych, przez co jest bardziej skuteczny. Nie mniej jednak aby otrzymać efekty złuszczające potrzeba min 20%. Aczkolwiek 10% już potrafi delikatnie złuszczyć naskórek.

Efekty długotrwałego stosowania kwasu glikolowego:
- oczyszczenie skóry
- zwiększenie produkcji włókien kolagenowych oraz połączeń między nimi
- usuwanie przebarwień
- złuszczanie martwego naskórka
- spłycenie zmarszczek
- poprawa elastyczności skóry

Działanie

Krem jest umieszczony w plastikowej butelce z pompką. Pompka dość niefortunnie działa, gdyż nawet jakbym nie wiem jak się starała delikatnie, ona wystrzeliwuje porcje kremu w bliżej nieokreślone miejsce... Nauczyłam się ją używać, i naciskam ją w odległości ok 10 cm od dłoni, celując w nią. Krem trafia w miejsce docelowe :) Zaleca się uprzednio stosować wersję z 5% kwasu glikoloweo, ale ja tego nie potrzebuję, aczkolwiek przy pierwszym użyciu poczułam znowu delikatne mrowienie w skórze. Ucieszył mnie ten fakt, znak że działa. Krem pachnie cytrynowo, jest dość wydajny, jedno naciśnięcie pompki, daje nie wielką ilość kremu, ale wystarczy do posmarowania całej twarzy. Z celów oczywistych nie stosuję pod oczy, Nawet 10% może być dla delikatnej skóry wokół oczu zbyt mocne. Krem jest leciutki, wchłania się błyskawicznie, a przy tym nie zostawiając skóry suchą, a delikatnie nawilżoną.

Osobom nie doświadczonym w stosowaniu kwasów zalecam przeczytanie i zastosowanie się do porad producenta. Opisuje on, iż po uprzednim stosowaniu 5% specyfiku, można przejść do 10%, ale także zachowując ostrożność i początkowo zmywać po kilku minutach jeśli szczypanie będzie zbyt intensywne. Ponadto krem używamy tylko na noc, a w dzień używamy filtrów UV.

Jestem bardzo zadowolona ze specyfiku, mimo, iż było to tylko stężenie 10% zadziałał on na moją skórę bardzo skutecznie. W tydzień doprowadziłam rozleniwioną półroczna przerwą od kwasów, do stanu co najmniej dobrego :)

Cena kremu to od 63 zł do aż 77 zł, dużo, ale dostajemy 100 ml kremu! Standardowo słoiczki zawierają połowę tego jak nie mniej. Dostajemy w zamian specyfik z 10% kwasem glikolowym.


http://equalanpharma.eu/


8 komentarzy:

  1. Potwierdzam KAILAS raczej nie działa, jeśli chodzi o twarz, poza tym specyficznie pachnie. Za to Intense C serum mogę polecić, bo przetestowałam na sobie.

    OdpowiedzUsuń
  2. a u mnie idzie już trzecia tubka kremu Kaillas, jestem nim zachwycona tak samo jak moja córka, jak tylko coś nam wyskoczy ratujemy się tym kremem i po kilku dniach mamy problem z głowy :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, że wam pomaga ten krem, ja nie miałam takiego szczęścia:)

      Usuń
  3. CO do Kailasu, nie stosowałam go na całą twarz, ale moim zdaniem jest świetny na różne niespodzianki, niekoniecznie stricte trądzikowe. Raz na kilka lat, pojawia mi się na brodzie i przechodzi aż do ust coś "dziwnego". Wygląda jak łuszcząca się skóra, ale swędzi i powoduje lekki obrzęk i nie schodzi pomimo nawilżania i natłuszczania. Pojawia się zimą, kiedy jestem przeziębiona, no generalnie przy spadku odporności. Kiedy pojawiło się to pierwszy raz, akurat byłam w trakcie odczulania, więc co tydzień musiałam zjawiać się u alergologa na szczepionce, przez co to właśnie alergolog na ten okres stał się moim swoistym lekarzem pierwszego kontaktu. Nakazał smarować Clotrimazolum, ale nie przeszło. Następnie przepisał mi krem Elidel lub Elosone (miałam oba, ale jeden był na spuchniętą rękę po szczepionce, kiedy raz przyjęłam ją w inną rękę niż zazwyczaj i już nie pamiętam który z nich był do czego) i paskudztwo znikło, na kilka lat. Dwa lata temu pojawiło się znowu, udałam się do dermatologa, przepisał krem Pimafucort i również przeszło, zeszłej zimy pojawiło się ponownie, Pimafucort był już przeterminowany, termin do dermatologa dopiero za kilka tygodni, sięgnęłam po Kailas... I to działa, aż sama nie mogłam uwierzyć, bo raczej sceptycznie podchodzę do kremów do wszystkiego. Co prawda przez konsystencję zawsze podczas próby wydobycia z tubki porcji kremu, pierwsza jego porcja lądowała w zlewie/na podłodze/na moich ubraniach, ale bez wątpienia ten krem mnie uratował, polecam go na takie właśnie awaryjne sytuacje :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wow, to kolejny powód za Kailas. Mnie nie dopadło nic podobnego, ale jeśli dopadnie to pewnie pierwsze co będę próbować z Kailas, ale jak najmniej na twarz:P

      Usuń
  4. Nie musisz się obawiać, nawet w lecie i cieple nie nabiera płynnej konsystencji :) Ja go stosuję na ugryzienia owadów (komarów) oraz na zadrapania będące efektem zabaw z moją małą kotką. Zaaplikowany na świeże zadrapanie, zanim jeszcze zrobi sie czerwone, łagodzi skórę i zapobiega podbiegnięciu krwią. Rewelacja.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ciekawe zastosowanie, jeśli chodzi o konsystencję to mam olej kokosowy i wiem jak potrafi być bezwzględnie płynny w lecie, ale może te zioła go trzymają w gęstszej konsystencji.

      Usuń

Copyright © 2014 Biochemia kosmetyczna , Blogger